Archiwa miesięczne: Kwiecień 2010

Kraju, idź na całość

We śnie malignicznym ujrzałem teleturniej. Prowadzącym był Zygmunt Chajzer, który uśmiechał się, jak to ma w zwyczaju. Zaproszonym do konkursu był człowiek, którego za pomocą badań statystycznych wybrano najwierniejszym reprezentantem Polski. Był bardziej rozdarty na pół niż można sobie wyobrazić. Z ojcem solidarnościowcem i matką, która donosiła na swojego męża. Kryptożydogejomurzyn i jednocześnie ksenofob. Stoi na środku studia i czeka aż Chajzer skończy reklamować proszek. Czytaj dalej

Reklamy

Policyjne alfy

Zastanawiałem się wczoraj nad dylatacją czasu, kiedy z radia gruchnęła niesamowita wiadomość. Polska policja zakupiła 120 modeli Alfa Romeo 159, którymi będzie ścigać piratów drogowych (pewnie na autostradach). Być może pozazdrościli Włochom policyjnego Lamborghini Gallardo (de facto już rozbitego). W głowie niestrudzonego badacza otaczającej rzeczywistości rodzi się pytanie: dlaczego aż 120 samochodów? (Może dla porządku napiszmy to słownie: sto dwadzieścia sztuk.) Na pierwszy rzut oka wydaje się to dużo. Czyżby? Czytaj dalej

Ironiczny lot tupolewa

Siedziałem sobie w fotelu, popijając kawkę, kiedy dziennikarz porannego programu oznajmił, że prezydencki samolot ma kłopoty z lądowaniem. Było już po godzinie 9. Zaczęliśmy się śmiać przed telewizorem, ponieważ problemy z prezydenckim samolotem powoli stawały się standardem, jeśli chodzi o zagraniczne podróże. Chyba zresztą nie tylko my się byliśmy przyzwyczailiśmy.

Chwilę potem gruchnęła wiadomość: problemy z lądowaniem zamieniły się w rozbicie się samolotu. W pierwszej chwili, zamroczony jeszcze porankiem, uznałem, że pewnie wyjdą z tego cało, tylko poobijani. W ciągu godziny od wypadku wszystko było jednak jasne. Zupełnie się nie spodziewałem czegoś takiego. Czytaj dalej

Na pole!

(Z opowieści krakowskiego kelnera, spisanej na serwetce i noszone w egzemplarzu „Piątej góry” Pablo Coelho przez 7 lat. Odnalezione cudownie i przytaczane.)

A było tak:

U nas, w Krakowie, mieszkaliśmy na dworze i wychodząc na zewnątrz, mówiliśmy „na pole”. A te wsiury z Warszawy mieszkały na polu, to ich czasem wpuszczano „na dwór”. I tak to było. Hej!